Recenzja: Alan Wake
piątek, Grudzień 24, 2010 12:06
Alan Wake to jedna z bardziej oczekiwanych – i bardziej kontrowersyjnych – premier tego roku. Cieszyć się mogą nią tylko posiadacze Xboksa 360, chcieliby w nią zagrać PC-towcy, a posiadacze PS3 uciekają od tematu Alana Wake’a do swojego Heavy Rain. Mamy recenzję!
Alan Wake
wersja testowana: Xbox 360, j. polski
Wydawca: Microsoft Polska
oficjalna cena pełnej wersji: 199,90 zł
Alan Wake opowiada o pisarzu sensacyjnych powieści, który od dwóch lat niczego nie napisał, boryka się bowiem z twórczą niemocą, która prędzej czy później dopada ponoć wszystkich wielkich literatów. Żeby temu zaradzić, bohater wyrusza z Alice, swoją żoną do miasteczka Bright Falls, by tam, w wynajętym domku podładować akumulatory. Z planu niewiele jednak zostaje, kiedy zaraz po małżeńskiej sprzeczce kobieta znika, a Alan budzi się kilka dni później w samochodzie rozbitym w lesie.
Miasteczko Strach
I… to właściwie wszystko, co można napisać o fabule, bowiem samodzielne przeżywanie kolejnych zwrotów akcji to jedna z większych przyjemności, jakie oferuje gra. Dodam tylko, bo zdradzają to filmiki opublikowane przed premierą przez samych twórców, że niewielkieBright Falls zostało opanowane przez siły ciemności, które m.in. opętały część jego mieszkańców. Z tą złą mocą, zwaną Mroczną Obecnością (czy słusznie?), Wake będzie musiał sobie poradzić, korzystając z pomocy kilku sprzymierzeńców.
Cała historia przedstawiona jest w postaci nawiązującej do seriali. Fabułę podzielono na sześć epizodów, z których każdy zajmuje około półtorej-dwóch godzin rozgrywki. Każdy też rozpoczyna się przypomnieniem tego, co wydarzyło się w poprzednim odcinku, więc nie ma niebezpieczeństwa, że rozpoczynając zabawę po dłuższej przerwie, gracz będzie się zastanawiał, co się dzieje i kto jest kim.
To, co w scenariuszu spodobało mi się najbardziej, to jego błyskotliwość. Dawno już nie grałem w produkcję, która toczyłaby ze mną dialog na tak wysokim poziomie. Fabuła prowadzona jest z zaskakującą lekkością, z doskonałym wyczuciem momentów, w których trzeba gracza postraszyć, i tych, w których należy mu się trochę humoru dla rozładowania napięcia. Dialogi często „puszczają oko” do gracza – np. wtedy, gdy Alan trafia do sanatorium dla emocjonalnie niestabilnych artystów, gdzie nieudolnie straszy go jeden z pacjentów, co oprowadzający bohatera lekarz komentuje: – To twórca gier, żaden tam z niego artysta. Próbuje być straszny, ale kto by się tam go bał.
Doszukać się tu można nawiązań do grozy à la Lovecraft, mrocznej mitologii okładek płyt zespołów metalowych, tajemniczego klimatu serii typu „Strefa Mroku”. Część przeciwników to obiekty żywcem wyjęte z „Ducha”, a twórcy śmiało korzystają z innych „symboli” gatunku, jak latarnia morska czy starsza pani ubrana na czarno z twarzą skrytą za woalem. Jeśli jakiegoś rodzaju horroru brakuje w Alan Wake’u, to tylko krwiożerczych piranii i wampirów. Nawet ci twórcy grozy, których dzieła nie zostały wprost „przerobione” przez ekipę Remedy, pojawiają się tutaj – wszystko załatwia pewien agent FBI, który hurtowo składa im wyrazy szacunku (jak? nie powiem…). Mistrzostwo!
Alan Payne
Najbardziej zaskoczył mnie jednak nie scenariusz i sposób prowadzenia opowieści, ale fakt, iż Alan Wake to… najprawdziwszy shooter. Przeciwnicy to albo opętani mieszkańcy Bright Falls, albo ożywione przez mrok obiekty. Walkę z nimi rozpocząć należy od zniszczenia ich osłony z ciemności za pomocą snopa światła z latarki, którą Alan Wake trzyma w lewej ręce. Robi się to, wciskając lewy trigger, czyli ten sam przycisk, który w wielu shooterach służy do celowania – i tu pełni on identyczną rolę, bowiem w miejsce, które wskazuje latarka, poleci pocisk wystrzelony z broni trzymanej przez bohatera w ręce prawej i aktywowanej prawym triggerem.
Źródło: http://www.cdaction.pl